poniedziałek, 05 luty 2018 00:00

"Duchy" japońskich żołnierzy.

Wojna niesie ze sobą różnego rodzaju ofiary. Tak też było podczas II Wojny Światowej, która ogarnęła naszą planetę niczym plaga i żarliwe ucztowała na większości kontynentów. W Polsce, żadko mówi się o wojnie na Pacyfiku. To tam istnieją opowieści o kilku japońskich żołnierzach, którzy walczyli przez lata, a nawet prze dziesięiolecia po oficjalnym zakończeniu wojny. Ci żołnierze utknęli w otchłani i w pewnym sensie stali się żywymi duchami, zagubionymi w świecie i uwięzionymi we własnej koszmarnej pętli. Oto niektóre z bardziej intrygujących opowieści.

Jednym z najbardziej znanych "duchów" japońskich żołnierzy był oficer wywiadu cesarskiej armii. Na imię miał Hiroo Onoda. Wywodził się ze stosunkowo normalnej rodziny i był pracownikiem firmy handlowej. Rozpoczął karierę w Carskiej Japońskiej Armii Piechoty, ale udał się na szkolenie i został oficerem wywiadu w stopniu porucznika. Onoda został wysłany na Filipiny wkrótce po tyj jak Japończycy najechali ten kraj 7 grudnia 1941 roku. Stacjonował na wyspie Lubang, położonej około 120 km na południowy zachód od Manili.

Amerykanie wyzwolili do marca 1945 roku wyzwolili Manilę i ruszyli dalej. Ale siły japońskie były w tych okolicach bardzo rozdrobnione i zdezorientowane, a wielu z nich kontynuowało wojnę partyzancką przez wiele lat. Jednym z nich był Onoda, który wraz z kilkoma innymi żołnierzami atakował wroga ilekroć nadarzała się okazja. W przeciągu kilku następnych lat jego towarzysze albo poddali się albo zginęli. Sam Onoda kontynuował walkę przez następne 29 lat. Onoda nie otrzymał informacji, o zakończeniu wojny, a nawet gdy usłyszał, że jego kraj się poddał nie chciał w to uwierzyć. W jego oczach wojna wciąż szalała, a on miał rozkazy i był im posłuszny. Żył samotnie w dżunglach Filipin. Napadał na farmy, kradł żywność lub zwierzęta, a także często strzelał do ludzi. Obserwował niebo w obawie przed bombowcami, a także drogi w obawie przed patrolami. Dbał o kondycje fizyczną i o własną broń. W swojej relacji opowiadał "Każdy japoński żołnierz był przygotowany na śmierć. Jako oficer wywiadu musiałem prowadzić wojnę partyzancką i nie umierać. Musiałem wypełniać moje rozkazy, bo byłem żołnierzem. Gdybym nie mógł tego wykonać, czułbym wstyd".

W miarę upływu lat podejmowano wiele wysiłków, aby wywabić Onodę i go schwytać, ale było to bezowocne. Nawet jego rodzina i przyjaciele próbowali przy użyciu ulotek czy głośników namówić go by wyszedł z lasu i zaprzestał walki. Niestety Onoda nie dał się przekonać. W głębi duszy wciąż był przekonany, że to wszystko jest pułapką wroga.

20 lutego 1974 roku poszukiwacz przygód Norio Suzuki udał się do dżungli w poszukiwaniu Yeti. To on odnalazł Onodę, który później opowiadał o swoim pierwszym spotkaniu z Suzuki. "Gdyby nie nosił skarpetek, mógłbym go zastrzelić. Ale miał na sobie te grube wełniane skarpety mimo, że nosił sandały. Wyspiarze nigdy nie zrobią czegoś tak absurdalnego. Spojrzał na mnie i zasalutował. Potem znów zasalutował. Ręce mu drżały, a przysiągłbym, że jego kolana też. Zapytał: Czy ty jesteś Onoda-san? Tak, jestem Onoda. Naprawdę, porucznik Onoda? Skinąłem głową i on kontynuował. Wiem, że miałeś długi i ciężki czas. Wojna się skończyła. Czy nie wrócisz ze mną do Japonii? Jego użycie uprzejmych zwrotów w języku japońskim przekonało mnie, że musiał wychować się w Japonii, ale zbytnio się spieszył. Czy on myślał, że mógłbym tak po prostu stwierdzić, że wojna się skończyła i szybko wrócę z nim do Japonii? Po tych wszystkich latach zdenerwowało to mnie".

Podczas spotkania, przekazał Suzuki, że jedynym sposobem by zszedł z pola bitwy to polecenie przełożonego. Niedługo potem wiadomość ta trafiła do przełożonego Onody, byłego majora Yoshimi Taniguchi, który od dawna stał się skromnym handlarzem książek. Taniguchi zgodził się wrócić na Lubang w 1974 roku, gdzie spotkał się ze swoim o 52 lata młodszym oficerem, który był teraz brudny i nieco przemęczony. Wciąż nosił swój stary mundur, karabin i miecz. Po tym jak Onoda poinformował Taniguchi o swoich dokonaniach i o zebranych informacjach, przełożony wyjaśnił mu, że wojna zakończyła się dawno temu. Odczytał mu nawet oficjalną deklarację poddania. Przewieziono go do Manili, gdzie podporządkował się prezydentowi Filipin, który następnie go ułaskawił.

Kiedy wrócił do rodzinnej Japonii jego historia była wielką wiadomością. Traktowano go jak bohatera. Po pewnym czasie napisał pamiętnik "No Surrender: My Thirty-Year War". Jednak Onoda nigdy tak naprawdę nie przystosował się do życia w domu, ani do nowoczesnego społeczeństwa, które mieniło się bardzo od czasu który pamiętał. Postanowił porzucić Japonię i udał się do Brazylii. Zamieszkał w małej odległej wiosce gdzie zajmował się hodowlą bydła. W 1984 roku postanowił ożenić się i wrócić do Japonii, gdzie stworzył szkołę przetrwania o nawie Onoda Shizen Juku. Zmarł w styczniu 2014 roku w wieku 91 lat na zapalenie płuc.

Innym znanym żołnierzem duchem był Shoichi Yokoi, który przed wojną był krawcem. W 1941 roku został powołany do służby w Mandżurii, po czym został wysłany do Guam. Po ataku na wyspę Guam przez Amerykanów, Yokoi i inni podobni do niego znaleźli się rozproszeni, pozbawieni przywódcy i pozostawieni sami sobie. W ciągu kilku lat ich liczba szybko zmalała, ale Yokoi przetrwał głownie dzięki swojej przebiegłości, zaradności i chęci jedzenia czegokolwiek. Węże, żaby, szczury, owady, ślimaki wszystko było w jego karcie dań. On był niezwykle utalentowany w wytwarzaniu pułapek. Wiedział jak zacierać ślady by uniknąć wykrycia. Wiedział jak się kamuflować i stworzył efektowne rozbudowane podziemne schronienie. Do 1964 roku wszyscy towarzysze Yokoi zmarli z różnych powodów.

Przez ten cały czas Yokoi był przekonany, że jego rodacy powrócą by go uratować, a w przeciwieństwie do Onody po prostu próbował pozostać przy życiu, aż nadejdzie ten dzień. Nie kontynuował swojej misji, chciał przeżyć. Stał się cieniem, był zdziczały i wykończony. Był stworzeniem z lasu, widmem. Od czasu do czasu był widziany przez tubylców i zyskał popularność podobną do Yeti czy Bigfoota. Po 28 latach tej niepewnej egzystencji 24 stycznia 1972 roku, Yoki został znaleziony przez lokalnych myśliwych. Obawiając się, że przyszli go zabić walczył chwytając ich karabiny i szamocząc się z nimi. Został schwytany. Sam błagał myśliwych by go zabili, a ciało zostawili w lesie. Dla niego było hańbą, że został schwytany.

Podobnie jak Onoda, Yokoi wrócił do Japonii. On również stwierdził, że nie jest w stanie ponownie przystosować się do życia w cywilizacji. Nie zaakceptował szybkiego rozwoju Japonii. Z powodu rozczarowania i braku akceptacji odbywał liczne podróże do Guam. Zmarł w 1997 roku w wieku 82 lat.

Sakae Oba, przed wojną był skromnym nauczycielem w cichej publicznej szkole. Dołączył do 18 Pułku Piechoty Cesarskiej Armii Japońskiej w 1934 roku. Walczył w Chinach podczas chińsko-japońskiej wojny w 1937 roku. Później po wybuchu II Wojny Światowej znów przydzielono go do Chin, a stamtąd na wyspę Saipan gdzie objął kierownictwo pułku. W lutym 1944 roku, on i około 600 innych mężczyzn zostało pozostawionych samotnie na Saipanie po tym jak ich statek, Sakito Maru został zatopiony przez amerykańską torpedę. Przegrupowali się by dołączyć do innych japońskich sił na wyspie. Niedługo potem rozpoczęła się bitwa o Saipan - 15 czerwca 1944 roku. Podczas ataku amerykańskich Marines Sakae Oba i jego ludzie ukryli się na górze Tapochau. Jednak bez nadchodzących dostaw, posiłków i wyczerpaniu amunicji wojska japońskie stanęły w obliczu klęski. Skazani na zagładę i zrozpaczeni postanowili wyjść w blasku chwały. Około 4000 ludzi przeprowadziło masowy samobójczy atak na wroga w dniu 7 czerwca 1944 roku. Zaskoczyło to Amerykanów, a bitwa zamieniła się w masakrę. Po zakończeniu rzezi, prawie każdy japoński żołnierz został zabity, a rząd japoński oświadczył, że wszyscy zginęli honorowo w wielkiej bitwie.

W rzeczywistości niektórzy przetrwali w tym Sakae Oba, który przejął dowództwo nad 46 osobami ocalałymi z masakry. Udali się na górę Tapochau by uniknąć wykrycia. Sakae Oba i jego żołnierze atakowali amerykańskie pozycje. Byli w tym tak dobrzy, że stali się cierniem po stronie Amerykanów. Marines prowadzili patrole, by wykryć grupę. Sam Sakae Oba zyskał przydomek Lis. Historyk i przewodnik turystyczny Gordon Marciano opowiadał o tym przezwisku "Był tak sprytny, że nawet gdy amerykańscy żołnierze ustawili kino na polu niedaleko obozu, to on się zakradał i oglądał sobie filmy".

Zastawiali na niego różne pułapki, ale on potrafił się wymknąć. Dodatkowo pomagał pojmanym Japończykom i zabierał ich w góry by ukryć się w jaskiniach. Często amerykanie przechodzili tuż obok niego, a on kamuflował się w taki sposób, że nie można było go dostrzec. Doprowadzało to do frustracji amerykańskich żołnierzy. Już po oficjalnym zakończeniu wojny, Sakae Oba i jego grupa nie chcieli uwierzyć, że to prawda. Nawet zdjęcia Hiroszimy po ataku były dla nich zwykłą podróbką. Swoją walkę prowadzili przez 16 kolejnych miesięcy, a ich grupa nieustannie nękała tysiące amerykańskich żołnierzy stacjonujących na Saipanie. Dopiero w listopadzie 1945 roku Sakae Oba został przekonany do poddani się po długie walce. Generał dywizji Umahachi Amo pokazał mu, że II Wojna Światowa, rzeczywiście się zakończyła i przedstawił mu oficjalne pisma nakazujące mu i jego bojownikom ustąpienie.

Kiedy został odesłany do Japonii, nie otrzymał przywileju bohatera jakim cieszyli się Onoda i Yokoi. Był traktowany jako bezwartościowy tchórz, który utracił swoją szansę na śmierć w czasie samobójczego ataku. Jego los potoczył się lepiej niż wcześniejszych panów. Został odnoszącym sukcesy biznesmenem. Zmarł w wieku 78 lat 8 czerwca 1992 roku. Jego historia stała się przedmiotem kilku książek.

Jednym z ostatnich sławnych duchów był Teruo Nakamura. Urodził się na terytorium Formosa, które teraz jest w granicach Tajwanu. Nakamura dołączył do działań wojennych w 1943 roku, mimo że technicznie nie był obywatelem Japonii. Został wysłany na indonezyjską wyspę Morotai, którą amerykanie zaatakowali w listopadzie 1944 roku. Ponieważ Nakamura nie był uznawany za Japończyka, był wysyłany na najniebezpieczniejsze misje, praktycznie samobójcze. W przypadku Morotai kazano im za wszelką cenę okopać się i bronić wyspy przed znacznie większą i lepiej wyposażoną amerykańską armią. To była głupota, beznadziejna bitwa, której nie można było wygrać. Słabo zaopatrzone japońskie siły powoli wycofywały się do wnętrza wyspy, a ostatecznie kazano im ukryć się w lesie i toczyć wojnę partyzancką. Wielu z tych maruderów nie radziło sobie zbyt dobrze. Głodowali, chorowali, a ci nieliczni którzy przeżyli byli w zdezorganizowani. Sam Nakamura był samotnym wilkiem, czasem dołączał do jakiejś małej grupy, by zniknąć na pustkowiu bez śladu.

Nakamura zbudował dom na odległej polanie w górach Goroca. Uprawiał tam też czerwoną paprykę, banany i inny warzywa. Podejmował nawet próby udomowiania dzików i innych zwierząt. Odmawiał poddania się. Nakamura był bardzo zaradny i inteligentny w kwestii ukrywania swojej pozycji. Nie używał karabinu do polowań, by nie zdradzić swojego miejsca pobytu i stał się czymś w rodzaju zjawy. Po pewnym czasie nikt nie wiedział kim jest i skąd przybył. Kontynuował swoją izolowaną egzystencję, sporadycznie widywany jako półnagi dzikus. Jego dom pozostawał nieznany światu. Dopiero głośne poddanie się Hiroo Onody w 1974 roku przykuło uwagę na Nakamurze, który wciąż biegał na Morotai. Japońska ambasada w Dżakarcie poprosiła o pomoc w tropieniu tajemniczego żołnierza. W końcu udało im się zlokalizować polanę Nakamury, która później dostała nazwę "miasto Nakamury". Grupa indonezyjskich żołnierzy odbyła wstrząsającą trzydniową podróż przez gęstą dżunglę, cały czas obserwując otaczające ich drzewa. Gdy dotarli nie byli pewni przyjęcia. Wcześniej ćwiczyli japoński hymn narodowy i śpiewali zgodnie zbliżając się do polany. Mieli nadzieję, że to uspokoi agresywnego Nakamurę. Jednak zamiast wielkiego budzącego grozę wojownika znaleźli starego, brudnego, niedożywionego i najwyraźniej przerażonego Nakamurę. Został przeniesiony do szpitala w Dżakarcie. Później okazało się, że tak naprawdę był łagodną postacią, która zaprzyjaźniła się z miejscom myśliwym i nawet w pewnym momencie uratował młodą dziewczynkę przed niebezpieczeństwem. Nawet dostał przydomek "dobry Japończyk".

Niestety został wrzucony do nowego świata bez prawdziwego domu, tożsamości czy narodowości. Formosa już nie istniało, podobnie jak Cesarskie Imperium Japońskie, któremu służył. W istocie nigdy wcześniej nie był w Japonii, był nieśmiały i przerażony. Nie potrafił się przystosować, a ponieważ nie był obywatelem Japonii, nie otrzymał on żadnej rekompensaty za swoją służbę. Udało mu się otrzymać coś, z czego mógłby ledwo wyżyć. Nakamura zdecydował się powrócić na Tajwan w 1975 roku, gdzie przez jakiś czas szło mu lepiej. Odkrył, że ma syna, którego nigdy nie spotkał i żonę, która ponownie wyszła za mąż po tym jak przez dziesięciolecia uważano go za zmarłego. Umarł na raka płuc w 1979 roku.

Były też przypadki odkryć japońskich duchów na całym świecie. W Malezji dwóch japońskich cywilów również kontynuowało walkę. Ich przypadek jest nieco dziwny, ponieważ żaden z nich nie był żołnierzem. Chwycili za broń ze względu na swoje gorliwe przekonanie, że Japonia nie powinna się poddawać. W późniejszych latach walczyli z brytyjskim imperializmem i przystąpili do partyzanckich sił próbujących obalić rząd Malezji w latach pięćdziesiątych. Walkę zakończyli 2 grudnia 1989 roku.

Inny ciekawy przypadek pochodzi z 2005 roku, kiedy pojawiły się doniesienia o dwóch japońskich żołnierzach, którzy wciąż mieli grasować na odludziu na bezludnej wyspie Mindanao na Filipinach. Dwaj żołnierze to podobno Tsuzaki Nakauchi i Yoshio Yamakawa, którzy byli częścią 30 Dywizji Cesarskiej Armii podczas II Wojny Światowej. Obaj zostali uznani za zmarłych. Jednak podobno zyli w dziczy, choć ta historia jest często uważana za mistyfikację, prawdopodobnie propagandę organizacji terrorystycznej zwanej Moro Islamic Front i nie wiadomo co stało się z tymi żołnierzami. Ich historia jest znana tylko z doniesień prasowych, a ich ostateczne losy pozostają tajemnicą.

  • Lut 13th 2018
    Naturalnej wielkości rzeźby wielbłąda z przed 2 tyś lat znaleziono na Saudyjskiej pustyni. Wiele takich artystycznych przedstawień wielbłądów już znajdowano w tym regionie, ale to opisano jako bezprecedensowe. Zespół badaczy Franco-Saudi badał okolice w prowincji Al Jawf w północno zachodniej Arabii Saudyjskiej. Rzeźby, niektóre niekompletne zostały wyrzeźbione w trzech skalistych miejscach. Badacze byli w stanie zidentyfikować kilkanaście płaskorzeźb przedstawiających wielbłądy. Dlaczego twórcy postanowili wyrzeźbić te zwierzęta w tak niedostępnym miejscu na razie pozostaje tajemnicą. Naukowcy sugerują, że obszar ten mógł być kiedyś miejscem kultu lub może używano tych rzeźb jako znaki graniczne. Badania przeprowadzono przez instytut Center National de la Recherche Scientifique we Francji i Saudi Commission for Tourism and National Heritage. Badali tą okolicę w 2016 i 2017 roku.   Archeolog Guillaume Charloux inżynier ds. badań powiedział "Chociaż naturalna erozja częściowo zniszczyła niektóre prace, jak również wszelkie ślady narzędzi, byliśmy w stanie zidentyfikować kilkanaście reliefów o różnej głębokości reprezentujące
  • Lut 6th 2018
    "Ludzie z Paracas byli niesamowicie złożoną mieszanką etniczną... Istnieje wiele różnych haplogrup, które odnaleziono w podczas testów DNA czaszek z Paracas. Te haplogrupy nie pasują do historii ludzi z terytorium obecnego Peru w jakimkolwiek kształcie lub formie..."Według grupy ekspertów zajmujących się czaszkami z Paracas najnowsze wyniki badań DNA ujawniły, że wydłużone czaszki nie pochodzą z regionu Peru.W latach dwudziestych XX wieku peruwiański archeolog Julio Tello odkrył serię grobowców. Zawartość grobowców wprawiła ekspertów w zakłopotanie. Od tego czasu w regionie odkryto wiele wydłużonych czaszek. Przez wiele lat eksperci tacy jak Brien Foerster próbowali rozwiązać tajemnicę. Powstało wiele teorii, ale to badania DNA dowodzą skąd i kim byli ludzie z Paracas. Po niezliczonych badaniach, naukowcy zaczęli odkrywać tajemnice czaszek. Niektóre analizy DNA wykazały, że wydłużenie obecne w czaszkach Paracas nie było wynikiem sztucznej deformacji czaszki, ale genetyki. Niektóre z czaszek mają objętość o 25% większą i ciężar o 60% cięższy niż ludzkie
  • Lut 5th 2018
    Wojna niesie ze sobą różnego rodzaju ofiary. Tak też było podczas II Wojny Światowej, która ogarnęła naszą planetę niczym plaga i żarliwe ucztowała na większości kontynentów. W Polsce, żadko mówi się o wojnie na Pacyfiku. To tam istnieją opowieści o kilku japońskich żołnierzach, którzy walczyli przez lata, a nawet prze dziesięiolecia po oficjalnym zakończeniu wojny. Ci żołnierze utknęli w otchłani i w pewnym sensie stali się żywymi duchami, zagubionymi w świecie i uwięzionymi we własnej koszmarnej pętli. Oto niektóre z bardziej intrygujących opowieści.Jednym z najbardziej znanych "duchów" japońskich żołnierzy był oficer wywiadu cesarskiej armii. Na imię miał Hiroo Onoda. Wywodził się ze stosunkowo normalnej rodziny i był pracownikiem firmy handlowej. Rozpoczął karierę w Carskiej Japońskiej Armii Piechoty, ale udał się na szkolenie i został oficerem wywiadu w stopniu porucznika. Onoda został wysłany na Filipiny wkrótce po tyj jak Japończycy najechali ten kraj 7 grudnia 1941 roku. Stacjonował na wyspie Lubang,
  • Lut 1st 2018
    Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, dlaczego istnieje tak wiele podobieństw między starożytnymi kulturami na całym świecie?  Głowni naukowcy utrzymują, że kultury w Afryce, Ameryce, Europie i Azji nie były ze sobą powiązane. Ten temat powraca co jakiś czas, wraz z kolejnymi odkryciami. Weźmy na przykład starożytne zabytki porozrzucane po całym świecie. Liczne starożytne miejsca w Ameryce Południowej wykazują niesamowite podobieństwo w projektowaniu i budowie do budynków wzniesionych w połowie świata, w tym w Afryce.Czy te podobieństwa są zwykłym zbiegiem okoliczności?Czy istnieje możliwość, że wszystkie te starożytne kultury w jakiś sposób były połączone? Jak to możliwe, że starożytni Olmekowie, Aztekowie, Egipcjanie czy mieszkańcy Nowej Zelandii, dzielili się wyobrażeniami o bogach, którzy zstąpili z nieba i ich opowieści są prawie identyczne?Stela 19 La Venta przedstawia reprezentację Pierzastego Węża. Pierzasty Wąż był znany w starożytnych kulturach Meksyku jako Kukulkan lub Quetzalcoatl. Mówi się, że ten bóg przybył z niebios i przyniósł wielką wiedzę starożytnym
  • Sty 22nd 2018
    Przy pomocy małych robotów naukowcy spróbują rozszyfrować jakie sekrety kryją się w komorach jakie niedawno odkryto w Wielkiej Piramidzie w Gizie. Niestety podczas tego procesu, naukowcy nieodwracalnie zniszczą część Wielkiej Piramidy.Czy dzięki temu jesteśmy na skraju jednego z najważniejszych znalezisk archeologicznych w tym stuleciu? Wielu badaczy jest przekonanych, że dokonamy bezprecedensowego odkrycia, które może rzucić światło na prawdziwy powód, dla którego zbudowano Wielką Piramidę.Pod koniec 2017 roku podano do informacji, że projekt ScanPyramid ujawnił dwie nieznane wcześniej komory znajdujące się w Wielkiej Piramidzie. Największa wnęka ma co najmniej 30 metrów długości i znajduje się na końcu wielkiego korytarza, który rozciąga się do komory królewskiej. Z drugiej strony mniejsza wnęka znajduje się na północnej powierzchni piramidy i składa się z korytarza, którego długość nie jest dokładnie znana. Teraz naukowcy planują przeprowadzić więcej testów z wykorzystaniem detektorów mionowych i opracowują miniaturowe roboty, które będą miały możliwość zaglądania do wnęk za pomocą kamer
  • Sty 16th 2018
    Około czterech wieków przed przybyciem Kolumba na kontynent amerykański, rdzenni mieszkańcy Ilinois wnieśli miasto, które zamieszkiwało około 20 tyś osób. Ale to nie wszystko, z jakiegoś powodu zbudowali ponad 100 tajemniczych ziemnych piramid, które do dziś pozostają zagadką, jak również ogólną historią tego miejsca i jego mieszkańców. Uczeni uważają Cahokię (tak nazwano to miasto) za jedną z najbardziej znaczących i wpływowych starożytnych osad w kulturze Missisipi. Osada rozwinęła się i powstały tam masywne struktury na pięćset lat przed przybyciem Europejczyków na Nowy Kontynent. Oryginalna nazwa tego starożytnego miasta nie jest znana. Nazwa Cahokia pochodzi od plemienia, które mieszkało w jego pobliżu w 1600 roku. Cahokia to starożytna osada z historią, która jest głębsza niż jesteśmy gotowi obecnie przyznać.John Kelly z Uniwersytetu w Waszyngtonie, wieloletni archeolog badający Cahokia dobrze podsumowuje obecne rozumienie tego miasta "Ludzie nie są pewni, czym ono jest".   Pierwszym człowiekiem, który napisał o tym starożytnym mieście był
  • Sty 15th 2018
    Niedawno muzeum w Kairze pokazało najstarszy egipski papirus znaleziony do tej pory. Pochodzi z czasów faraona Chufu, który panował w starożytnym Egipcie ponad 4500 lat temu. Dokument wspomina o budowie Wielkiej Piramidy w Gizie, na zachód od Kairu.Ten starożytny rękopis został odkryty wraz z innymi w 2013 roku przez zespół francuskich archeologów w regionie Wadi Al Jarf, nad brzegiem Morza Czerwonego. Papirus opowiada o życiu robotników, którzy uczestniczyli w budowie Wielkiej Piramidy Cheopsa, która według głównych nurtów została wzniesiona jako wieczne miejsce spoczynku Króla Chufu, faraona czwartej dynastii. Papirus opowiada o życiu człowieka o imieniu Merer, który był odpowiedzialny za zespół robotników, którzy przenosili masywne kamienie ze wschodniego brzegu Nilu. Opisuje codzienne życie i styl życia pracowników portu. Przed odkryciem papirusu nie było wiele dostępnych informacji na temat czasu panowania słynnego faraona. Zgodnie z oświadczeniem Ministerstwa Starożytności uważa się, że Merer prowadził zespół około 40 żeglarzy. Napisano tam "... dzieło
  • Sty 11th 2018
    Aztekowie posiadali najlepiej zorganizowane imperium na kontynencie amerykańskim. Pomimo faktu, że imperium Azteków znajdowało się głównie na terytorium dzisiejszego Meksyku, to niewiele wiadomo na temat pochodzenia samej kultury Azteków. Nie wiemy skąd przybyli, dlaczego migrowali. Wielu twierdzi, że pochodzili z bliżej nieokreślonego miejsca. Sama nazwa pochodzi ze starożytnej legendy Nahuatl, która sugeruje, że było siedem plemion, które zamieszkiwały Chicomoztoc - miejsce siedmiu jaskiń. Cała grupa nazywała się Nahua i w jej skład wchodziły plemiona Acolhua, Chalaca, Mexica, Tepaneca, Tlahuica, Tlaxcalteca i Xochimilca. Plemiona opuściły swoje jaskinie i osiedliły się jako jedna kultura w pobliżu Aztlan. Nahua tworzyła największą grupę ludności na świecie. Wielu autorów zgadza się, że słowo Aztlan jest interpretowane jako "ziemia na północ, ziemia Azteków". W języku Nahuatl korzenie Aztlan są dwoma słowami: aztatl tlan oznaczająco odpowiednio czaplę i miejsce. Konotacje znaczenia Aztlan, ze względu na upierzenie czapli to "białe miejsce". Uważa się, że z biegiem czasu ludzie
  • Gru 14th 2017
    Wspaniałe misy i inne naczynia z brązu odkryto w 3100 letnim grobowcu w Chinach. Naczynia z żywnością, pokryte skomplikowanymi wzorami znaleziono obok wodza wojownika Zhou. W grobowcu określanym M4 znaleziono również inne relikwie. Naukowcy z Instytutu Archeologii Shaanxi w Chinach dokonali tego wspaniałego odkrycia w mieście Baoji. Podczas wykopalisk, które rozpoczęły się w 2012 roku znaleziono około 57 grobowców. Znalezione naczynia są prawdopodobnie wykonane za czasów dynastii Shang (1600 p.n.e do 1046 p.n.e). Eksperci są przekonani, że wielu z nich używano w miejscach o charakterze religijnym. Ich jakość sugeruje, że właściciel grobu miał szlacheckie pochodzenie. W artykule opublikowanym w czasopiśmie Chińskie Relikty Kultury, Zhankui Wang, który prowadził wykopaliska powiedział "Mieszkaniec grobowca M4 miał najprawdopodobniej status elity i mógł być wysoko w hierarchii. Po podbiciu dynastii Shang król Zhou rozprowadził łupy wojenne wśród oficerów wojskowych o dużych osiągnięciach. Tymi łupami były też naczynia z brązu".   Dynastie Zhou i Shang przez
  • Lis 30th 2017
    Piramidy w Gizie od ponad 4000 lat odkrywają swoje sekrety. Całe swoje życie spędzili przy nich Mark Lehner i Zahi Hawass. Lehner jest prezesem Stowarzyszenia Badaczy Starożytnego Egiptu, a Hawass był wcześniej sekretarzem generalnym Najwyższej Rady Starożytności i egipskim Ministrem Stanu ds. Starożytności. Obaj posiadają ponad 80-cio letnie doświadczenie w badaniu płaskowyżu w Gizie. Teraz wspólnie wydali imponującą książkę "Giza i piramidy" opisującą to co oni i ich koledzy oraz poprzednicy dowiedzieli się o Gizie. Projekt trwał od 1986 roku. Był sprawdzany, uaktualniany i poprawiany od 1993 roku. CNN poprosiło Lehnera, by opowiedział o swojej karierze i długiej drodze do publikacji. Oto co powiedział:Mark Lehner "Zahi jest moim najstarszym przyjacielem. Poznałem go w 1974 roku. Nasza współpraca układa się bardzo dobrze, ponieważ nie różnimy się w opiniach, aż tak bardzo. Jednak w przypadku konkretnych pytań i konkretnych kwestii Zahi ma swoje opinie, ja mam inne. To jest normalny kurs. Mój